
- München Hauptbahnhof!- Konduktor w czerwonym uniformie chodzi od przedziału do przedziału i ogłasza, że zaraz dotrzemy do Monachium. Pociąg spowalnia. Gęste chmury pary ciągną się za oknami, sprawiając, że świat na zewnątrz wygląda jak ze snu. Trudno rozpoznać jakiekolwiek kształty. Nie wiadomo, gdzie kończy się ziemia, a gdzie zaczyna zabudowa.
Helga budzi się, szybkim ruchem dłoni wygładza swoją zieloną spódnicę i sprawdza, czy żaden z jej włosów nie wypadł z idealnie ułożonego koka. Gdyby tylko je rozpuściła, może nawet wyglądałaby na swoje trzydzieści parę lat.
- Niech panienka się nie martwi. Niedługo będziemy w zajeździe- przypomina mi, widząc moją skrzywioną minę. Jednak ja przejmuję się zupełnie czymś innym. Przez dziesięć godzin naszej podróży, gdy pociąg pokonywał kolejne kilometry, ja myślałam o Afryce.
Krajobraz na zewnątrz w niczym nie przypominał tego, co do tej pory znałam. Hamburg był dużym, przemysłowym miastem. Wzdłuż torów ciągnęły się rzędy szaroburych domów miejskiej biedoty, później wielkie fabryki z czerwonej cegły. Z każdą minutą zabudowania robiły się coraz rzadsze. Powoli przeistaczały się w zielone pola, tylko gdzieniegdzie obsypane małymi chałupami. A potem zaczął padać rzęsisty deszcz, nad rozległymi nizinami pojawiła się mgła, a na zewnątrz nie dało się dostrzec nawet najmniejszego śladu życia. Pomyślałam wtedy o gorącej ziemi w Dar es-Salam. O ciągłym gwarze na ulicach i żarze lejącym się z nieba. Czy jeszcze kiedykolwiek tam wrócę?
- Hrabiostwo nie może się panienki doczekać- zapewnia mnie Helga.
Pociąg zatrzymuje się. Kilu mężczyzn uwija się przy dostawianiu drewnianych schodów do drzwi.
Guwernantka ostatni raz spogląda na mnie krytycznym wzrokiem, na moje długie czarne jak heban włosy i skórę nakrapianą drobnymi piegami. Zważywszy na pogodę na zewnątrz, raczej nie będę musiała się już przejmować niechcianą opalenizną.
- Twoi rodzice już dawno temu powinni byli wysłać cię do Europy- mówi w końcu i obie wysiadamy.
Dworzec robi na mnie ogromne wrażenie. Na peronie jest gęsto od ludzi. Gdzieś w oddali z samego końca pociągu wysiadają pasażerowie trzeciej klasy. Tragarze i dorożkarze nawet nie spoglądają w tamtym kierunku. Zamiast tego łapią się za nasze bagaże, kilku młodych chłopców próbuje sprzedać nam wieczorne wydanie lokalnej gazety. Sensacyjne tytułu biją w oczy. W Brukseli dokonano nieudanego zamachu na księcia Walii, Alberta Edwarda. Kwiaciarki zachęcają witających do zakupu róż dla przyjezdnych. Ich uśmiechy są tak zmęczone, jak drewniane skrzynie, w których noszą kwiaty.
Mężczyzna z parasolką w ręku mało co nie wbija mi metalowego pręta w głowę. Lokomotywa wydaje z siebie przeciągły gwizd i pociąg rusza w nieprzeniknionych gęstwinach pary. Nad całą platformą unosi się mgła i nieprzyjemny zapach dymu z tysięcy miejskich kominów, jakby samo piekło otwarło przed nami swe czeluście.
Zrobiło się potwornie ciemno i jedynym źródłem światła w pobliżu kilkunastu metrów jest migocząca na wietrze gazowa latarnia, prowadząca ku wyjściu z peronu. Kilkanaście osób tłoczy się przy jednoskrzydłowych drzwiach. Dorożkarze już zdążyli zabrać podróżnym ich ciężkie bagaże, jeden z konduktorów, przysiadłszy na ławce, zawiązuje sobie dokładniej szalik.
Wychodzimy przed budynek dworca. Ponad konturami kominów w domach po przeciwległej stronie ulicy widać rozgwieżdżone niebo. Jednak nawet w minimalnym stopniu nie jest ono tak zapierające dech w piersiach, jak niebo w Afryce.
Po naszej lewej stronie chodnik zionie ogromną dziurą.
- Kładą kable dla elektrycznego światła- mówi czyjś głos z przedziwnym akcentem. –Niedługo z ulic znikną latarnie gazowe- dodaje i przed nami wyrasta wysoka postać. Na moment moje serce przestaje bić. Mężczyzna z mojej wizji wyglądał bardzo podobnie. Ale to nie mógł być on, przecież wtedy jeszcze go nie znałam.
- Niech będzie pochwalony.- Helga spuszcza wzrok na ziemię.
- Słucham?- Nieznajomy w przeciwieństwie do niej nie czuje się speszony. Na jego wysokie czoło opadają czarne nieco zbyt długie loki. Przenikliwie błękitne oczy mają nieco smutny wyraz. Jednak w pierwszej kolejności zwracam uwagę na jego niezwykle gęste brwi.
- Mniemam, że pan…?- Guwernantka urywa, nie będąc do końca pewną, z kim ma do czynienia.
- Robert Kubitza.- Chłopak kłania się nisko i całuje kobietę w dłoń. Nie może mieć więcej niż dwadzieścia parę lat. To zapewne kierowca hrabiego. – Mam panie odebrać i zawieźć do zajazdu?- Następnie odwraca się w moją stronę. Nie mam zielonego pojęcia, jak mam się w takiej sytuacji zachować.
- A pani jest zapewne oczekiwaną przez wszystkich bratanicą hrabiny.- Kiwam jedynie głową, unikając jego wzroku. Sama nie wiem do końca, dlaczego. Jest jednak w jego osobie coś, co mnie przeraża. Albo fascynuje.
Na samą myśl tego słowa, przechodzą mnie zimne dreszcze. Na szczęście moja uwaga szybko zostaje odwrócona.
- W takim razie możemy iść do automobilu.- Polak uśmiecha się dziwacznie, jakby sam do siebie i rusza, nawet nie sprawdzając, czy idziemy za nim. Wiatr rozwiewa mu zupełnie niezłożone włosy. Nawet nie założył kapelusza! Nigdy nie widziałam mężczyzny na ulicy bez rozsądnego nakrycia głowy. Wszyscy, których mijamy, przyglądają mu się ze zdziwieniem, ale on zdaję się tym nie przejmować. Zachowuje się tak swobodnie, jakby odbierał z dworca nie obce kobiety, ale dobrego znajomego.
Zbyt swobodnie.
Zatrzymujemy się przy powozie bez koni. Bo właśnie tak wygląda samochód. Jak powóz, ale pozbawiony siły go ciągnącej. Przednie koła są prawie o połowę mniejsze od tylnich a przy siedzeniach sterczą liczne przedziwne rurki. - Macie panie niesamowite szczęście, że hrabia zgodził się, żebym wziął automobil.- Robert Kubitza wygląda na zadowolonego z siebie. -Karetą dojechałybyście za sto lat. Dziwię się, że konie nie usypiają z nudów przy takim tempie…- Całkiem bez pytania i bez jakichkolwiek zahamowań ciągnie Helgę za nadgarstek. Wolną ręką wskazuje na liczne srebrzyste rury. – Hrabia to mądry człowiek. Myśli przyszłościowo. Już za parę lat wszyscy będziemy jeździć automobilami Wiedzą panie, jak to działa?- Pomimo mojego przerażenia całą sytuacją, nie mogę ukryć zaciekawienia. Podchodzę bliżej i kręcę głową w geście zaprzeczenia.
- Automobil posiada silnik napędzany benzyną. Benzyna jest spalana w wyniku czego powstaje gaz. Gaz jest sprężany i rozprężany…- Mężczyzna na chwilę zamyśla się, zapewne szukając dla nas jakiegoś bardziej zrozumiałego wytłumaczenia. – Chodzi o ciśnienie gazu. Raz jest ono niższe a raz wyższe i dzięki temu powstaje energia. I to dzięki tej energii samochód się porusza. Proste?- Pyta przyglądając się nam z rozbawieniem. Helga wzrusza jedynie ramionami i mamrocze coś pod nosem. Widzę, że jest bardzo niezadowolona z zaistniałej sytuacji. Rozgląda się nerwowo po ulicy, jakby chciała się upewnić, że nikt znajomy nie widzi jej w tak niezręcznej sytuacji.
Nieznajomy nie zapytał ani o nasze imiona, ani o to, jak minęła podróż. Nie spytał, jak się miewamy. Nie przekazał życzeń od hrabiostwa. Niewątpliwie takie zachowanie uchodziło tutaj w Europie za niegodziwe.
- A kto właściwie to wymyślił?- Chcę wiedzieć, nie zważając na mrożące spojrzenie guwernantki. Wiem, że powinnam stać cicho i oglądać rąbek spódnicy. Jednak moja ciekawość bierze nade mną górę. W Afryce zawsze rozmawiałam ze służącymi, bo nie miałam obok siebie nikogo innego. Ojca wiecznie pochłaniały książki a matkę sny na jawie. Zapłacę wysoką cenę za zadawanie się z tym człowiekiem, widzę to po minie mojej opiekunki.
- Ciężko powiedzieć. Jednocześnie kilku niemieckich inżynierów, niezależnie od siebie skonstruowało silnik spalinowy. Karl Benz piętnaście lat temu i Gottlieb Daimler wraz z Wilhelmem Maybachem jedenaście lat temu. Wtedy nie było cię jeszcze pewnie na świecie.- Dodaje na koniec, kompletnie mnie szokując. Zwijam dłonie w pięści i zaciskam zęby. Bezczelność tego człowieka nie zna chyba granic!
- Cóż, przynajmniej istniał wtedy mój kraj.- Przypominam sobie lekcję historii, na której profesor Edwards opowiadał mi o rozbiorach Polski przez Austrię, Prusy i Rosję.
- Czy możemy udać się do naszego zajazdu? Czy będę zmuszona wynająć dorożkę?- Helga ucina naszą wymianę zdań.
W ciszy siadamy na skórzanej kanapie jedynie częściowo przykrytej dachem i ruszamy.
Ulice spowija mrok, tylko od czasu do czasu rozświetlany latarnią. Nie tylko my podróżujemy po Monachium o tak późnej porze. Aleje przepełnione są dorożkami. Po obu stronach ulicy ciągną się proste domy. Wyglądają jak wielkie czarne cielska. Przez okna widać rodziny jedzące kolację.
Wystawy sklepowe namawiają do zakupu wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić – herbaty, bielizny, porcelany, najnowszych kreacji zgodnych z francuską modą. Szyld umieszczony w jednym z okien ogłasza przestrzeń biurową do wynajmu, o szczegóły należy pytać u aptekarza. Omnibus przepełniony po brzegi pasażerami wracającymi po całym dniu pracy mija nas jadąc z naprzeciwka. Ciągnące go sześć koni płoszy się na dźwięk głośno pracującego silnika. Z zamkniętych tuż przed zmrokiem kancelarii wychodzą grupy elegancko ubranych mężczyzn, eleganckie damy znikają w bramie teatru. Na horyzoncie pojawiają się dwie charakterystyczne wieże katedry Najświętszej Marii Panny na placu Mariackim, Marienplatz.
Zaczynamy jechać pod górę, w pewnym momencie robi się tak stromo, że pojazd musi zwolnić. Zdaję sobie sprawę z tego, że zrobiło się o wiele ciszej. Przez chwilę odnoszę wrażenie, jakbyśmy jechali przez miasto zdziesiątkowane przez epidemię. Nagle kilkakrotnie gwałtownie skręcamy i wreszcie przejeżdżamy pod bramą ze sklepieniem. Gdzieś biją dzwony. Nim dźwięk pierwszego wybicia dzwonu zdąży rozejść się echem po okolicy, z oddali dochodzi już odgłos kolejnego.
Tuż przed północą docieramy do zajazdu Zum Engel.
***
Wiadomości o historii samochodów zaczerpnięte z Wikipedii, która wie wszystko a nawet jeszcze więcej.
W opowiadaniu pojawia się postać kierowcy wyścigowego o nazwisku, które gdzieś już słyszeliśmy... oby ktoś o podobnie brzmiącym nazwisku wygrał na torze w Chinach.
Jutro wyrywam operacyjnie dwie ósemki. Ale się nie martwcie, to już 3 i 4 ósemka, którą wyrywam.
skomentuj (9)